Tarta z jabłkami- czyli mama w kuchni

Tarta z jabłkami 🍎🍏🍎🍏🍎🍏

Kruche ciasto:
200 g mąki
120 g masła
1jajko
1łyżka cukru
1łyżka zimnej wody

Wszystkie składniki ciasta wymieszaj, zlep w kulkę i schładzaj w lodówce przez minimum 30 minut.
Ciasto rozwałkuj, przełóż do formy na tartę o wymiarach 25 cm. Ja rozwałkowałam cienko ciasto i wyłożyłam jeszcze do dwóch małych foremek 🙂

Tartę włóż na 15 minut do piekarnika o temperaturze 175 stopni.

Po 15 minutach wyjmij z piekarnika tartę i wyłóż na ciasto wcześniej podprażone na patelni jabłka z cynamonem oraz cukrem trzcinowy.
Tartę piecz przez kolejne 25–30 minut, aż nabierze pięknego, złotego koloru.

Gotowe ciasto ostudź na kratce z piekarnika.
Udekoruj tartę ubitą 36%śmietaną oraz listkami STEWII i przyprawą do deserów z KOTANYI np. mieszanka wiedeńska z kawą 🙂
 
Smacznego!

Dzień dobry, jestem erytrytol, poznajmy się.

Nie będziemy się rozpisywać o tym, jak ważna jest właściwa dieta. Czemu? Bo lekarze, książki, gazety, Internet zasypują nas tymi informacjami. Chciałybyśmy po trosze pokazać Wam jak taka dieta wygląda u nas, na co stawiamy przygotowując nasze posiłki, czego nie brakuje nam na co dzień i co jest dla nas ważne. Dzisiaj „na tapetę” bierzemy cukier- tak zwykły biały cukier, o którym mówi się „biała śmierć”. Nie bez przyczyny medycyna podkreśla, że należy go ograniczyć do minimum, a najlepiej zniwelować do zera. Dlaczego? Otóż nadmiar sacharozy powoduje liczne problemy zdrowotne:  czujemy się bardziej senni, spowolniona jest praca mózgu, stopniowo tracimy zdolność zapamiętywania, zwiększa się masa naszego ciała. Przy prawidłowej diecie odpowiedniej ilości cukru dostarczą nam owoce i warzywa. A co ze słodką herbatką? Żaden problem- przerzucamy się na miodek 🙂 Zapytacie: a co z kawusią? Na to też mamy rozwiązanie- erytrytol. Produkt, który na dobre zagościł w naszych domach.

Co to takiego? To organiczny związek chemiczny z grupy alkoholi polihydroksylowych, spotykany również pod nazwą erytryt lub jako symbol E968. Naturalnie występuję w niewielkich ilościach w gruszkach, melonach czy winogronie, czerwonym winie, owocach morza. Na skalę światową otrzymywany jest w drodze fermentacji glukozy przez różne gatunki drożdży. Nie jest wchłaniany przez organizm człowieka, w niezmienionej formie zostaje wydalony z organizmu.

Jak wygląda? Jak zwykły biały cukier, tylko niezwykle drobny.

Jakie ma właściwości? Przede wszystkim bardzo niską kaloryczność, może być stosowany przez cukrzyków, nie powoduje wzdęć, biegunki czy próchnicy, nie podrażnia jelit.

Do czego używamy? Tak naprawdę do wszystkiego zamiast cukru- do kawy herbaty, wypieków.  Z białym cukrem pożegnałam się na dobre.

Czy smakuje jak cukier? Tak, z tym, że jest mniej słodki niż cukier. To idealny produkt dla osób, które chcą ograniczyć ilość białego cukru, ale „mózg” nie może zaakceptować faktu, że nie sypiemy łyżeczki białego kryształu do szklanki 🙂

Gdzie kupicie? Praktycznie w każdym markecie, a już na pewno w sklepach ze zdrową żywnością.

Ile kosztuje? No cóż, niestety jest droższy niż biały cukier. Cena za 500g to około 15 zł, jednakże na promocjach można go upolować za niecałe 10 zł. 

Wielkanocny koszyczek- czego nie może w nim zabraknąć?

Na Wielkanoc zawsze z siostrami czekaliśmy z utęsknieniem. I to wcale nie dlatego, że  coś dostawałyśmy od zajączka 🙂 Najbardziej wyczekiwany moment to zaniesienie koszyczka do święcenia. Byłyśmy w domu we 3, więc z koszyczkiem szła cała trójca.  

Tradycja w mojej miejscowości nakazywała, żeby koszyczki zanosić do domu któregoś z mieszkańców wsi,  a nie do kościoła. Koszyczek trzeba było zanieść z samego rana w sobotę, kapłan przyjeżdżał do tego domu i święcił wszystkie koszyczki. Dlaczego tak bardzo czekałyśmy na ten sobotni poranek?

Powodów było kilka. Po pierwsze kapłan zawsze zostawiał mnóstwo cukierków 😛  Po drugie w szykowaniu koszyczka braliśmy udział- nasza trójca i rodzice. To było takie nasze rodzinne pół godziny. Pamiętam do dziś jak mama pięknie dekorowała koszyczki- żywymi kwiatami, zielonymi gałązkami, kolorowymi wstążkami i kurczaczkami itp. Na dnie koszyczka zawsze znajdowała się biała serweta z haftem łowickim. Ma kobieta zdolności manualne, nie ma co. Po trzecie to było zawsze takie emocjonujące czekanie „na coś”. Święcenie koszyczka było  takim przełomowym momentem mówiącym, że już Wielkanoc. Tak zawsze to odczuwałam.

Co zawsze wkładaliśmy do koszyczka? Oczywiście słodziutkiego baranka.  Z czasem w naszym koszyczku pojawiły się dwa, bo nie ma co ukrywać, że razem z ojcem jesteśmy łasuchami na słodkie J Obowiązkowo był również chlebek, a że nasz sąsiad pracował w piekarni, to co roku sąsiadka przynosiła nam pyszny, robiony  na zakwasie malutki chleb. Do tego dokładaliśmy kawałek ciasta, które nie ma co ukrywać zawsze się matuli udają 😛 No, w końcu pani cukiernik, więc nawet nie ma innej opcji 😛 W naszym koszyczku lądowały również gotowane jajka, kawałek wędliny, sól i pieprz oraz chrzan.

Od kilku lat sama przygotowuję swój koszyczek i staram się, żeby było w nim to wszystko, co kładło się w moim rodzinnym domu. W tym roku po raz trzeci razem z Julką zaniosę do kościoła koszyczek. Po raz trzeci od rana w sobotę w naszym domu będzie dekorowanie koszyczka. Po raz trzeci Julka włoży do niego malutkie, czekoladowe jajeczka, które już stały się naszą tradycją 🙂 


I znowu wracając do domu usłyszę „Systkie lobacki z domu, a sieconka do domu” 🙂

Powiedzcie, co Wy wkładacie do Waszych koszyczków? Może coś, czego ja nie wkładam?

A w sobotni poranek zapraszamy do chwalenia się zdjęciami Waszych koszyczków 🙂

Moja przygoda z Pole Dance… by Ewelina

Na zajęcia z Pole Dance do Marysi trafiłam przypadkiem. W zasadzie to miałam tam iść z koleżanką. Na pierwsze zajęcia już nas nawet zapisałam, ale niestety dopadła ją kontuzja. Pomyślałam sobie „a co mi tam, idę”.

Pamiętam swoje pierwsze zajęcia- na początek Marysia usiadła ze mną na podłodze i pokrótce powiedziała jak wyglądają zajęcia i czego mogę się po nich spodziewać.  Od razu uprzedziła mnie o sinikach 🙂 Tak, już po pierwszych zajęciach trochę ich miałam. Ale wcale mnie to nie zniechęciło, na cwaniaka poszłam znowu po 2 dniach.. i tak chodzę do dziś 2 razy w tygodniu. Jednak co chwilę przekonuję się jak ważna jest tu siła rąk i kondycja.

Czym tak naprawdę jest pole dance? To fitness na rurze o charakterze sportowym. To nie są zwykłe wygibasy w wysokich szpilach przy rurze, to prawdziwa sztuka  tańca i poruszania się z gracją. To poznanie własnego ciała i jego możliwości. Dodakowo zajęcia pomagają wzmocnić mięśnie i kondycję.

Jak się ubrać? Najlepiej krótkie spodenki i top. Ja osobiście wybieram mega krótkie szorty ze względu na lepszą przyczepność rurki do ciała, do tego top treningowy, brak skarpetek i gotowe.

Na co musisz być przygotowana? Siniaki i zakwasy 🙂 Nawet jak się jest wysportowanym to niestety są one nieuniknione, ale spokojnie mijają bardzo szybko 🙂

Gdzie można ćwiczyć?  Zapraszam na zajęcia do Let’s Dance Studio Łowicz.

Do zobaczenia!

Bycie mamą bliźniaczek nie jest łatwe….

Bycie mamą bliźniaczek nie jest łatwe, zwłaszcza, kiedy dziewczynki synchronizują się w swoich potrzebach, a mi doskwiera ból pleców 🙁

Co robię?

W naszym przypadku dziewczynki same się nakręcają – gdy jedna płacze, za chwilę płacze i druga. W takich przypadkach mam jedną podstawową zasadę – rozdzielić najlepiej do dwóch osobnych pomieszczeń, jeśli oczywiście w pobliżu mam jakieś posiłki: męża bądź mamę 🙂

Gdy jedna płacze trafia do łóżeczka ze smoczkiem w buzi, szybko idę do drugiej i albo chwila na rękach, albo chwila na bujaku z wibracjami, albo chwila w wózku. Gdy się wyciszy odkładam do łóżeczka i biorę drugą- w międzyczasie zmiana pieluch i karmienie – istne szaleństwo!

Gdy Ola i Ala uruchamiają się w tym samym czasie i płaczą – wyłączam się na ich płacz, nie umierają, bez paniki i złości – powtarzam sobie, że tylko spokój, tylko to mnie może uratować. Należy ze spokojem podejść do tematu, przemyśleć szybko co z którą zrobić.

Pocieszam się również, że mama trojaczków ma gorzej hihi albo myślę, że najgorsze jest tylko pierwsze osiemnaście lat.
A tak poważnie – mnie prawie codziennie parę razy ręce opadają… ale co zrobić z tym moim podwójnym szczęściem? Trzeba logicznie pomyśleć, jako mama wiem która co lubi i działam zgodnie z ich potrzebami.

A moje plecy… No coż dużo przeszły w ostatnim czasie i wcale się im nie dziwię, że odmawiają posłuszeństwa. Pewnie byłoby o wiele gorzej gdyby nie regularne zajecia „zdrowy kręgosłup” plus joga i stretching- zajęcia 2 lata przed ciąża bliźniacza jak i podczas niej do 4 miesiaca. Ćwiczenia wzmacniające grzbiet, pośladki i brzuch nie poszły na marne 😀
A jak sobie z nimi radzę teraz?
Dobry masaż „rękami które leczą” 😝, maść borowinowa oraz zimne okłady. Dzialają one przeciwbolowo i przeciwzapalnie.

Matki nie maja czasu na chorowanie 😜dziecięcia na ręce i do przodu.

Dajcie mi wiadro melisy !!! by Justyna

Kiedy mam wrażenie, że moja cierpliwość zaraz się wyczerpie, to krzyczę „dajcie mi wiadro melisy”!!! Na co moja córka dziś przybiega i mówi: „co ?! Kupiłaś mi nowe legginsy???”
Swoją drogą ciekawe co będą mówiły na te słowa moje małe babeczki za kilka lat…. Strach pomysleć.
I w tej całej bezsilności uśmiech sam pojawia mi się na twarzy. Bezsilność dopada mój umysł, kiedy bliźniaczki obie uruchamiają się w tym samym czasie, a na dokładkę Jagódka przybiega i mówi: „mamo ja jestem kotkiem, a Ty bądź pieskiem, no bądź pieskiem teraz…”. I tak próbuję w tym samym czasie nakarmić Olę, zmienić pieluszkę Ali, a później zamiana, zabawa oraz usypianie. Aaaaa i oczywiście w międzyczasie muszę bawić sie w pieska i kotka z Jagoda, bo przeciez nie moge jej zaniedbywać. Wyobrażasz to sobie…?! Chyba każda matka czasem tak ma, że natłok obowiązków i myśli w tym samym  momencie zwyczajnie ją przerasta…
Co ja wtedy robię….?
A) Oczyszczam organizm, czyli płaczę,

B) zaciskam zęby i mruczę kołysanki,

C) Piję melisę.

A tak naprawdę próbuję wyłączyć mózg, aby się nie denerwować i przeczekać najgorsze chwile.
Myślę pozniej… „mam tę moc, mam tę moc” 🙂  Jestem super babka, jestem dumna z siebie, bo znów ogarnęłam moją „świętą trójcę” 🙂

A jeśli już mowa o melisie, zdecydowanie polecam Wam tę z Herbapolu. Na zdrowie!

Pożegnałam się z …. potem ! by Ewelina

    • Żyję dosyć intensywnie, każdego dnia mam tyle  rzeczy do zrobienia, że praktycznie biegam między załatwianiem tych wszystkich spraw.  Jeśli do tego dołożę swoją aktywność fizyczną, to nie ma możliwości, abym się nie pociła jak mysz 🙂 Tym bardziej, że niestety mam do tego tendencję! Bardzo długo szukałam idealnego rozwiązania na swój problem. Stosowałam różne kosmetyki, które według producentów, miały w 100% chronić przed nadmiarem potu i nieprzyjemnym zapachem. Niestety wszystkie dostępne perfumowane antyperspiranty nie sprawdzały się. Owszem znalazłam kilka typów, które całkiem nieźle chroniły przed potem, ale zawsze było jakieś „ale”, ciagle czegoś mi w nich brakowało. Do czasu aż trafiłam dzięki siostrze na AQUASELIN z Oceanic.

    Już po kilku dniach wiedziałam, że to był bardzo udany zakup. Produkt w sam raz dla mnie!  Delikatna, kremowa konsystencja. Co dla mnie bardzo ważne- bezzapachowy. Stosuję raz dziennie po kąpieli na osuszoną skórę. Wygląda jak większość antyperspirantów w kulce. Delikatna, kremowa konsystencja szybko się wchłania i nie brudzi ubrań.  Zapytacie o cenę? Ostatnio kupiłam w Rossmannie za 11,99 zł, ale jego regularna cena to 16 zł.

Dla mnie jest on niezawodny.  Dziękuję siostrze, że mi go poleciła, bo nie wyobrażam sobie codziennej higieny bez AQUASELIN.