Zdecydowałam- nie zabieram – o tym jak mama Ewelina została dawcą narządów

Może to wywołuje kontrowersje, dla wielu niekatolickie, ale dla mnie to po prostu ludzki odruch- oddam to, co może przyda się innym. Takie mam zdanie.
I chociaż rodzina krzywo się na mnie patrzy, to jednak coraz częściej spotykam się ze słowami uznania. Do decyzji zostania dawcą dojrzewałam, nie podpisałam zgody z dnia na dzień. Chciałam sobie to wszystko najpierw ułożyć w głowie, bo często słyszałam opinie: „takich przy wypadkach nie ratują”, ale nie przeraża mnie to- wierzę w profesjonalizm lekarzy i ratowników. Zarejestrowałam się, odpisałam oświadczenie woli, noszę kartę przy sobie, powiadomiłam rodzinę.

Kiedy pytają mnie dlaczego zdecydowałam się być dawcą odpowiadam: po śmierci nic mi się nie przyda, komuś pomoże, a może kiedyś to ja albo ktoś mi bliski będzie biorcą? Przecież w życiu równie się układa. Mam też cichą nadzieję, że jeśli tak się stanie to moja córka będzie ze mnie dumna. Nie chcę być dla nikogo ciężarem i obowiązkiem, nie chcę, żeby mąż i córka byli „skazani” na opiekę nade mną. Dlatego też jeśli mogę wybieram spokój dla swojej duszy i mojej rodziny. A kto wie, może któregoś dnia moje serce zabije w ciele innego człowieka? Może uratuję życie czyjejś matce i żonie? Ja już zdecydowałam- nie zabieram. A wy macie takie przemyślenia? Czy ktoś z Was, tak jak ja, nosi oświadczenie woli?

Jestem matką dwójki dzieci, choć przy mnie jest tylko jedno…

– „W pierwszej ciąży (…)

– A to macie dwoje?

– nie, jedno, ale byłam w ciąży 2 razy”. I tutaj zawsze po  stronie rozmówcy zapada niezręczna cisza…

Tak, zanim się urodziła Julka miałam być już matką. Pierwsza ciąża, tak jak i druga, była w pełni zaplanowana i bardzo upragniona.  Obudził się mój instynkt macierzyński i wspólnie z mężem zdecydowaliśmy, że chcemy mieć dziecko. Niestety nie dane było nam zbyt długo cieszyć się myślą, że zostaniemy rodzicami. Bardzo przeżyłam stratę dziecka i do tej pory pamiętam dokładnie chwilę, w której dotarła do mnie ta wiadomość. Cierpiałam na swój własny sposób. 

Zanim dowiedziałam się, że będę matką zdrowej córki  przeżyłam stratę dziecka. Nie obchodzę „dnia dziecka utraconego”, obchodzę dzień, w którym serduszko mojego maleństwa przestało bić. Byłam w 11 tc.

Kiedyś na pewno opowiem o tym Julci, przygotuję ją na taką sytuację jako kobietę. Nie życzę jej oczywiście przechodzenia takiej straty, ale wiem, że muszę ją na to przygotować.

Czy o tym mówię i dlaczego? Mówię o tym, bo chcę uczulić inne kobiety na takie przejścia. Uświadomić, że takie sytuacje niestety mają miejsce, ale zawsze jest życie po poronieniu, bez względu na to na jakim etapie ciąży była kobieta.

Dzisiaj mam cudowną córkę, która robi czasem zamieszania za dwoje 🙂

Czy myślę o tym jakby wyglądało moje pierwsze dziecko? Oczywiści, że tak. Często zastanawiam się do kogo byłoby podobne, czy byłby to chłopiec czy dziewczynka itd. Pewnie większość kobiet w mojej sytuacji o tym myśli. Ot, taka kobieca ciekawość.

Czy bałam się zajść w drugą ciążę? Pewnie, bałam się jak cholera. Na każde usg, badanie szłam z niepokojem, najgorsze było w zasadzie na początku- czekanie aż minie 11 i 13 tc. Potem byłam już spokojniejsza- chyba dlatego, że miałam już za sobą ten nieszczęsny dla mnie tydzień.

Jestem matką 2 dzieci- Aniołka w niebie i Julki na ziemi.

Nie wstydzę, nie boję się o tym mówić, bo niestety takie rzeczy się zdarzają. Ważne, żeby się podnieść i walczyć z losem dalej. Jeśli wśród Was jest również matka dziecka utraconego, jeśli chcecie o coś zapytać, poradzić się, albo po prostu porozmawiać- napiszcie. Jestem dla Was.

„Ciociny” instynkt… ?

„- Weź no ciotka zmień pieluchę

– nie umiem…” czyli o strachu ciotki przed bliźniaczkami.

Pierwszy raz, na żywo, zobaczyłam bliźniaczki, kiedy miały tydzień czasu. Takie maleńkie, o ponad kilogram mniejsze od mojej Julki kiedy się urodziła. Spały sobie słodko w łóżeczku. Justyna wzięła je na ręce, zmieniła pieluchę, nakarmiła- ot takie codzienne obowiązki. Pyta czy chcę potrzymać, a ja odpowiadam: boję się 🙂 ta, ja matka, która 4 lata temu tuliła takiego maluszka po prostu bałam się wziąć noworodka. Oczywiście nie omieszkała się ze mnie śmiać 🙂 Siedzimy sobie tak przy kawce, gadamy bo przecież ostatnie tygodnie nie widziałyśmy się na żywo. Maluchy śpią w łóżeczku, ale  po chwili zaczynają się kręcić- Justyna spogląda na zegarek i stwierdza, że przyszedł czas na karmienie, idzie przygotować mleko. Siedzę chwilę sama z nimi w pokoju, gdy nagle Ola zaczyna popłakiwać. Serce podpowiada, że powinnam wziąć ją na ręce, ale uwierzcie mi że ręce mi się trzęsą jak po ostrym melanżu 😛 Biedulka kwili coraz głośniej i co- głęboki wdech i mówię: dobra, ciotka cię weźmie. Gdyby nie to, że były opatulone w beciku to chyba bym ich nie wzięła na ręce J Takie maleńkie, kruche… Justyna wpada do pokoju butlą mleka i znowu się ze mnie śmieje. „No co- mówię- płakała to musiałam się przełamać” J Ba, nawet usiadłam i nakarmiłam. „No to teraz czas na zmianę pieluchy”. O nie, to już ponad moje moce. I wcale nie dlatego, że brzydzę się „kupy śmierduchy”- ja się po prostu boję manewrować tymi malutkimi ciałkami. Dzisiaj bliźniaczki mają 4 miesiące, a ciotka dalej jest na etapie- nakarmi, utuli, pobawi, ale pieluchy nie zmieni 😛  Zapytacie dlaczego? Kurde, nadal się boję. Czym jest spowodowany taki strach? Tym, żebym niechcący nie zrobiła im krzywdy. Swoje dziecko „oporządzałam” instynktownie, czułam co robię dobrze, a co źle, wiedziałam jak podejść do Julki,
w jakiej pozycji lubi leżeć itd. Teraz przy bliźniaczkach Justyny na nowo uczę się obsługi takich maluchów. Nawet nie myślałam, że będzie to takie trudne. A przecież mam swoje dziecko, którym musiałam zajmować się od pierwszych godzin życia. Jednak wszyscy ci, którzy mówili, że „ze swoim dzieckiem to jest inaczej” mieli rację- swojej córki się tak nie bałam.
Tak więc czas na przełamanie kolejnych barier- przecież nie będę czekać aż bliźniaczki zaczną siadać same na nocnik 😛  

O trudach macierzyństwa… czyli jeden z wieczorów, nocy, poranków matki 3 małych dzieci.

Kolkowy wieczór bliźniaczek kończy się po 21, zasypiają. Teraz czas na starszaka…podwodne zabawy czas zacząć. 22:00 książki i sen. Kolej na mnie 🙂 Wybija 23:00-  w końcu i ja mogę się położyć do łóżka.

01:00 pobudka na karmienie bliźniaczek.

4:00 „… mamo… jak uśpisz dziewczynki to pójdziesz się ze mną bawić, dobrze?” – Jagoda
No nie wierzę!!! „Tak, oczywiście Jagódko” odpowiadam kiedy prośby, żeby zasnęła nie pomagają i nie umiem jej odmówić… – i siedzi „bąk” grzecznie na krześle (zazwyczaj ma „robaki w dupci” i nie może usiedzieć chwili) i czeka aż uśpię dwa małe „srajtki”.

Po 1,5 h walki udało się 🙂 śpią bliźniaczki, moja radość nie do opisania, a tu Jagoda mówi „to teraz chodźmy się pobawić…”
Nie mam już siły ale na szczęście ona też już pada ze zmęczenia. Czytam jedną książeczkę i … obie zasypiamy.

6.30 no to pospałam… Zaciskam zęby i łzy znów leją się z oczu z bezsilności… Bliźniaczki już się wyspały… I od nowa…

Z czego wynika takie spanie jak „mysz pod miotłą” …?
U najmłodszych z charakteru któregoś z rodziców, albo ze stresów matki podczas ciąży. Jeśli oczywiście wszystkie potrzeby są zaspokojone tzn.: głód, niewygoda, zagubiony smoczek, ciepło w sypialni (u nas 20 stopni), sucho w pieluszce, brak namiaru wrażeń, brak gorączki… A może dlatego, że potrzebują więcej bliskości, albo że nie mają wystarczającego spokoju wieczorem..? A może wszystko razem…? U starszaka z zazdrości, albo lęku przed rozstaniem.

Każdego wieczoru padam z wyczerpania fizycznego i psychicznego po całym dniu wiecznego zapieprzania 🙁 Nigdy się nie położę w ciągu dnia, bo zawsze mam coś do zrobienia. Taki” głupi” charakter- zamiast olać wszystko i iść spać jak małe śpią a Jagoda w przedszkolu to nie… ja muszę np. okna myć, kwiatki posadzić, prać, prasować, gotować i tysiąc innych rzeczy w międzyczasie robić… o np. bloga pisać 🙂

Jak słyszę słowa: moje dziecko wypije całą butelkę mleka i śpi całą noc to „nóż w kieszeni mi się otwiera”. Wiem- nie powinnam porównywać dzieci, ale chciałabym tylko odrobinę snu 🙁

Choć sytuacja jest trudna, próbuję zdobyć się na cierpliwość i opanowanie. Maluchy doskonale wyczuwają mój nastrój, wiem o tym doskonale. Jeśli ja jestem zdenerwowana, one także się denerwują (a wtedy jeszcze trudniej jest im zasnąć). Kolejny raz potwierdza się, że „tylko spokój może mnie uratować”.

Tyle emocji… złość, bezsilność, smutek, radość i wyrzuty sumienia, że nie jestem wystarczająco dobrą matką dla swoich dzieci… Jednakże trudno jest wszystko ogarnąć przy 3 szkrabów, zwłaszcza wtedy, kiedy zostaję sama.

Jedno wiem na pewno… Nie ma złotego środka. Potrzebny jest spokój, opanowanie, cierpliwość i kreatywność.

Na koniec uśmiech i radość dzieci wynagradza wszystko 🙂

Wszystko mogę-nie ma niemożliwego! By Justyna

Dziś pierwszy raz po 7 miesięcznej przerwie znów poprowadziłam swoje ukochane zajęcia zdrowego kręgosłupa z elementami jogi i stretchingu. Czuje, że mogę góry przenosić!  No dobrze zejdę na ziemię-  ale mam tyle energii ze mogę bawić bliźniaczki całą noc.

Pamiętajcie- można wszystko, jeśli tylko się chce! 3 miesięczne bliźniaczki i 3 letnia córka, obowiązki domowe, wizyty w poradniach specjalistycznych, przeprowadzka do nowego domu…. Jest co robić , ale  mimo wszystko znajduję czas na to, żeby także mieć czas dla siebie. Bo przecież ja też jestem ważna, bardzo ważna 🙂