5 miesiąc za nami, więc rozszerzamy dietę maluchów.

Dziewczynki są z nami na świecie 5 miesięcy, ale patrząc na termin porodu wygląda to tak, jakby skończyły 4 miesiące. Dlatego karmiąc je mlekiem modyfikowanym stwierdziłam, że już nadeszła pora, żeby spróbowały innych smaków.
Zastanawiałam się co podać dzieciom jako pierwsze nowe danie: zupkę, kaszkę, jabłko…? Ostatecznie stwierdziłam, że jako pierwsze nowe danie podam papkę warzywną, gdyż wtedy będzie im łatwiej zaakceptować warzywa. Owoce są słodkie, a wiadomo słodkie zawsze lepiej smakuje dzieciom.

I zaczęło się miksowanie 🙂
Marchewka + ziemniak jako pierwszy zestaw obiadowy.
Obawiałam się braku akceptacji mojej kuchni przez bliźniaczki, ale jednak nieźle gotuję
😜
Potem stopniowo, w kolejnych dniach, dietę nieco rozszerzyłam. W ruch poszły owoce banan i jabłko. I nie myliłam się, bo owoce zjadły z większym apetytem 🙂

Kaszka nie spełnia ich wymagań, jednak, od czasu do czasu, próbują tego smaku. Może kiedyś do niej „dorosną”
😜

W menu bliźniaczek znajdują się:
przeciery z jabłka, malin, moreli
przetarte jarzynki: marchew, ziemniak, dynia
w zupce jarzynowej dodatkowo pietruszka oraz seler
Jesteśmy w fazie obserwacji czy któryś z produktów nie powoduje uczuleń bądź boleści brzuszka.

Ile dziecko powinno zjadać…?
Kieruję się najważniejszą i najprostszą zasadą, którą podkreśla aktualny schemat żywienia niemowląt. Moje dzieci decydują ILE jedzą, a ja jako rodzic – CO dziecko je.
Należy wiedzieć, co można podać dziecku w określonym miesiącu życia, a czego mu podawać nie wolno. A dziecko samo decyduje, ile posiłku ma ochotę zjeść. Proste? 😜

Jako ciekawostkę pokaże Wam schemat, który pokazuje dietę dla dziecka w 5 miesiącu.

U nas absolutnie on się nie sprawdza 🙂 Dzieci jedzą tyle ile potrzebują i kiedy chcą. Wszystko bacznie obserwuje i dokonuję uważnych notatek, choć rozczytać to potrafię je tylko ja 😂😂😂

Całkiem inaczej było w przypadku Jagódki, którą karmiłam piersią do 2 roku życia. Delektowała się mlekiem, który wytwarzał mój organizm i to zdecydowanie jej wystarczało do ukończenia 6 miesiąca życia. Dopiero później dostarczane zostały do jej brzuszka dodatkowe produkty: kaszki, owoce, warzywa, zupki czy mięso, jednak zdecydowanie trudniej było jej zaakceptować nowe jedzenie.

Na bieżąco będę pisała o diecie dla niemowląt, także bacznie obserwujcie naszego bloga 🙂

„Ok, budujemy dom, tylko jaki?”

Zapał związany z budową domu zaczął się od …. przeglądania projektów domu 😛 Odkąd tylko pojawił się pomysł budowy w mojej głowie królował jeden projekt- parterowy biały dom z drewnianymi okiennicami. Coś w stylu dawnych dworów szlacheckich. Nie wiem czemu, ale przed oczyma miałam obraz dworku w Soplicowie z „Pana Tadeusza” 😛 

Mąż nie stawiał oporu 🙂 Pozostała tylko kwestia wyboru zbliżonego  projektu z dostępnych na rynku. Styl dworkowy, ale z odrobiną nowoczesności. Długo nie szukaliśmy- tak naprawdę już tego samego wieczora wspólnie zaakceptowaliśmy projekt „Atlant 3ps”. Zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz wygląda idealnie. Szczegóły znajdziecie pod linkiem https://www.domenadom.pl/produkty/266/atlant-3-ps-.html 

Dlaczego właśnie ten? Już tłumaczę ) Domek składa się z 3 pokoi, salonu z kuchnią, 2 łazienek, kotłowni i pralni. Układ pomieszczeń także bardzo nam odpowiadał- idealne rozwiązanie kotłownia i pralnia na tyle domu z osobnym wejściem, pokoje na froncie, z salonu wyjście na taras i podwórko. Zależało nam na parterowym domku. Po pierwsze jest praktyczniejszy- wszystkie pomieszczenia na  1 poziomie gdyby odpukać ktoś miał problem z przemieszczaniem się po schodach . Po drugie tańszy w budowie, no dobra może jakoś dużo taniej nie będzie, ale przynajmniej kasę która poszłaby na budowę schodów, dodatkowe wzmocnienia konstrukcji  itd. możemy przeznaczyć na inne prace wykończeniowe.
Nie ukrywam, że bardzo ważna jest dla mnie ta pralnia- przynajmniej nie będę się irytować patrząc na wiszące w łazience pranie albo stojącą w kącie pralkę 🙂
Ciągle zastanawiam się tylko jak rozwiązać kwestię połączenia kuchni z salonem. Bo jako tako połączoną chciałabym mieć, jednakże w taki sposób, aby z salonu nie było widać wszystkiego co dzieje się w kuchni. Hmm… może jakaś wysoka wyspa pomiędzy pomieszczeniami?  Powoli układam sobie wszystko w głowie, bo chociaż do wykończenia wnętrza jeszcze daleka droga, to już na tym etapie wiele rzeczy trzeba wiedzieć.

No i oczywiście najważniejsza rzecz, która marzy mi się od nie pamiętam kiedy- okiennice 🙂 taaaak, drewniane okiennice a pod oknami będą wisiały czerwone pelargonie. Będzie cudownie.

Ciekawe ile z tym moich pomysłów uda się zrealizować. No cóż- wszystko przed nami.

Jestem matką dwójki dzieci, choć przy mnie jest tylko jedno…

– „W pierwszej ciąży (…)

– A to macie dwoje?

– nie, jedno, ale byłam w ciąży 2 razy”. I tutaj zawsze po  stronie rozmówcy zapada niezręczna cisza…

Tak, zanim się urodziła Julka miałam być już matką. Pierwsza ciąża, tak jak i druga, była w pełni zaplanowana i bardzo upragniona.  Obudził się mój instynkt macierzyński i wspólnie z mężem zdecydowaliśmy, że chcemy mieć dziecko. Niestety nie dane było nam zbyt długo cieszyć się myślą, że zostaniemy rodzicami. Bardzo przeżyłam stratę dziecka i do tej pory pamiętam dokładnie chwilę, w której dotarła do mnie ta wiadomość. Cierpiałam na swój własny sposób. 

Zanim dowiedziałam się, że będę matką zdrowej córki  przeżyłam stratę dziecka. Nie obchodzę „dnia dziecka utraconego”, obchodzę dzień, w którym serduszko mojego maleństwa przestało bić. Byłam w 11 tc.

Kiedyś na pewno opowiem o tym Julci, przygotuję ją na taką sytuację jako kobietę. Nie życzę jej oczywiście przechodzenia takiej straty, ale wiem, że muszę ją na to przygotować.

Czy o tym mówię i dlaczego? Mówię o tym, bo chcę uczulić inne kobiety na takie przejścia. Uświadomić, że takie sytuacje niestety mają miejsce, ale zawsze jest życie po poronieniu, bez względu na to na jakim etapie ciąży była kobieta.

Dzisiaj mam cudowną córkę, która robi czasem zamieszania za dwoje 🙂

Czy myślę o tym jakby wyglądało moje pierwsze dziecko? Oczywiści, że tak. Często zastanawiam się do kogo byłoby podobne, czy byłby to chłopiec czy dziewczynka itd. Pewnie większość kobiet w mojej sytuacji o tym myśli. Ot, taka kobieca ciekawość.

Czy bałam się zajść w drugą ciążę? Pewnie, bałam się jak cholera. Na każde usg, badanie szłam z niepokojem, najgorsze było w zasadzie na początku- czekanie aż minie 11 i 13 tc. Potem byłam już spokojniejsza- chyba dlatego, że miałam już za sobą ten nieszczęsny dla mnie tydzień.

Jestem matką 2 dzieci- Aniołka w niebie i Julki na ziemi.

Nie wstydzę, nie boję się o tym mówić, bo niestety takie rzeczy się zdarzają. Ważne, żeby się podnieść i walczyć z losem dalej. Jeśli wśród Was jest również matka dziecka utraconego, jeśli chcecie o coś zapytać, poradzić się, albo po prostu porozmawiać- napiszcie. Jestem dla Was.

Logopeda- to wcale nie brzmi strasznie

Ostatnio wśród znajomych mamusiek na tapecie  jest temat logopedy. Pojawia się coraz więcej pytań: „w jakim wieku wasze dzieci zaczęły korzystać z porad logopedy?”. Odpowiedzi jest wiele- w zasadzie to ile matek, tyle odpowiedzi. Jedna czeka, aż w przedszkolu zasugerują zajęcia, druga nie czeka, jeszcze inna wychodzi z założenia, że dziecko jest jeszcze małe i ma czas nauczyć się poprawnej wymowy.

Temat logopedy nie jest nam obcy. Od pół roku regularnie, raz w tygodniu Julka chodzi na zajęcia.

Dlaczego? Bo sama instynktownie poczułam, że może jej to pomóc. Nikt nam nie kazał, nie sugerował. Po prostu obserwowałam moje dziecko, które mówiło dużo i dość zrozumiale, ale zauważyłam że ma problem z wymawianiem „k”. Zamiast „chlebek” mówiła „chlebet”, zamiast „kurczak” był „turczak” itd. Mówili, że jest jeszcze mała- dopiero 3,5 roku, ma czas. Ale mi przypominały się zajęcia z logopedii i metodyki nauczania, w których nie raz poruszaliśmy problemy wymowy u dzieciaków. Stwierdziłam- pójdziemy, zobaczymy co powie.

Tak trafiłyśmy do p. Andrzeja Płachety- emerytowanego logopedy, który ze stoickim spokojem i serdecznością dziadka prawie pół godziny próbował zdiagnozować Julkę. Moje przeczucie mnie nie myliło- stwierdził kappacyzm.

Czym jest kappacyzm? – najprościej mówiąc to wada wymowy polegająca na nieprawidłowej artykulacji głoski „k”. I tak jak w przypadku Julki, przy odmianie kappacyzmu, którą jest parakappacyzm dziecko zamienia głoskę „k” na „t”. Przyczyną takiego zastępowania jest słaba sprawność ruchowa języka i nieprawidłowa praca jego tylnej części. Logopeda zalecił i ćwiczenia w domu, i zajęcia u niego. Ponieważ Julka była jeszcze mała i wada została szybko zdiagnozowana wystarczyło 1 spotkanie w tygodniu.

Zapytacie jak wygląda takie spotkanie? Każde zajęcia zaczynają się masażu okolic ust, celem pobudzenia mięśni żuchwy do pracy. Dodatkowo przy pomocy szpatułki przytrzymujemy Julci język na dnie jamy ustanej i ćwiczymy kolejno: ta, te, to, tu, etc. I tak kolejno po sobie następne serie głosek.

Jakie ćwiczenia warto wykonywać w domu? Żadne skomplikowane. Okazuje się, że ćwiczenia można realizować przy codziennych zajęciach- pić  gęste płyny przez dużą i cienką słomkę, naśladować ssanie cukierka, głośno ziewać, przenosić przy pomocy słomki papierki z jednej kupki na drugą, gulgotać podczas płukania ust, bawić się w robienie kociego grzbietu. To nie tylko ćwiczenia wspomagające mowę dziecka, to także świetna zabawa przy której nie raz mamy kupę śmiechu 🙂

Czy widzę efekty? Tak, i nie tylko ja je widzę. Julka coraz wyraźniej mówi i udaje się jej wypowiedzieć „k”. Zajęcia nie są dla niej żadną formą kary, wprost przeciwnie chętnie chodzi, bo zawsze po wizycie dostaje smakową gumę do żucia 🙂 Dzisiaj już bardzo ładnie mówimy „a wiesz mamo..”, zamiast „a wies mamo”.

Kiedy iść do logopedy- jak tylko poczujecie, zauważycie, że coś jest nie tak. Nie czekajcie, aż w przedszkolu Was skierują na zajęcia. Zrobią tak jak będzie dziecko miało 5-6 lat i za chwilę będzie czas na pójście do szkoły. Taki niestety mamy system. Oczywiście my na zajęcia chodzimy prywatnie, więc zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma taką możliwość, ale jeśli tylko macie i możecie to radzę skorzystać z pomocy fachowca. Chociażby dla spokoju własnego sumienia, żeby potem nie obudzić się z poczuciem „mogłam interweniować wcześniej”.

Wracamy do formy po porodzie- jak i kiedy?

Czemu jesteśmy takie krytyczne wobec własnego wyglądu, wyglądu ciała? No może nie wszystkie, mam tu na myśli kobiety, matki, które chcą wyglądać atrakcyjnie głównie dla siebie, ale wiecie jak to jest z tylu głowy to dbamy o wygląd dla naszych mężczyzn i…. innych kobiet.
A może to dobrze, że wymagamy od siebie, stawiamy wyzwania sobie, swojemu ciału i umysłowi?  Przecież wszystko tkwi w naszej głowie, a stawianie wymagań może tylko wyjść nam na zdrowie.

Z zamiłowania jestem trenerem personalnym i instruktorem fitness. To jest moja pasja, dzięki której wiem co robić, żeby dbać o swoje ciało, ale przede wszystkim wiem jak to dobrze robić, żeby nie nabawić się kontuzji. Moimi ulubionymi formami ćwiczeń są zajęcia z grupy mentalnej. Uwielbiam ćwiczenia rozciągające i wzmacniające, głównie zdrowy kręgosłup z elementami jogi i stretchingu 🙂

Staram się 2 razy w tygodniu „wychodzić do ludzi” i z nimi ćwiczyć. Resztę wygibasów robię w domu w miarę możliwości. Głównie kiedy dzieci śpią, jednak czasem robią mi na złość i nie chcą dać mi kilka chwil wytchnienia,  a wtedy … ćwiczę z nimi.

 

O tym kiedy zacząć ćwiczyć po porodzie, jak to robić, ile czasu itp. nie będę się rozpisywać. Uważam, że jest tego tak dużo w internecie, że nie chce mi się powielać tego tematu. Jedno wiem na pewno! To jest temat bardzo indywidualny, uzależniony m. in. od stanu po porodzie, rodzaju porodu oraz dobru ćwiczeń. Ciało po porodzie musi się zregenerować, a najlepszą metodą na to, według mnie, jest szybka rehabilitacja, czyli gimnastyka.

U mnie było to tak…
Po 1 porodzie rozwiązanym metodą cesarskiego cięcia zaczęłam ćwiczenia wzmacniające i rozciągające po 6 miesiącach. Natomiast po niespełna 2 miesiącach maszerowałam z wózkiem z Jagódką 5 razy w tygodniu po 5 kilometrów. To był szybki masz, a nie „człapanie” się pół dnia. Dziecko urodziło się w 39 tygodniu, było zdrowe więc spacery późną jesienią i zimą nas nie zniechęciły.

Całkiem inaczej było po 2 porodzie. Bliźniaczki urodziły się w listopadzie ubiegłego roku, a zaczęłam od zajęć lekko wzmacniających i rozciągających po 3 miesiącach. Spacery musiałam wykluczyć z uwagi na to, że urodziły się jako Wycześniaki i niestety do tej pory są chorowitkami :/ Jednak nic straconego, bo cardio robię z nimi codziennie „biegając” w domu po schodach.
Przyjęłam 2 zasady:
Pierwsza to taka, że czekam kiedy skończy się podłóg, a druga to taka, że wszystko robię na miarę swoich możliwości. Wszystko zależy od stanu po porodzie. Ważne, żeby każda z nas znalazła takie ćwiczenia, które dają jej radość, nie są utrapieniem. Musisz mieć w głowie „ćwiczę, bo lubię”, a nie „ćwiczę, bo muszę”.

A co z motywacją do ćwiczeń? Nie zawsze mamy jej wystarczająco dużo, żeby wytrwać w swoich postanowieniach. Nie ma co się łudzić, że początkowy poziom motywacji będzie się utrzymywał wiecznie.  Czy zawsze jesteś zmotywowana np. do pracy? Ja też nie, ale mam rzeczy do zrobienia, więc po prostu je robię. Tak samo jest z treningami. Być może na początku motywuje nas chęć zgubienia kilku kilogramów, bolący kręgosłup albo zbliżający się sezon bikini. Jednak żeby wytrwać w postanowieniu musisz wykształcić w sobie nawyk i uczynić aktywność fizyczną stałym elementem swojego dnia. Możesz być pewna, że nie zawsze będzie ci się chciało. Jestem pewna, że nawet  topowym trenerkom nie zawsze się chce 😛 Ale… głowa do góry- uczyń aktywność fizyczną stałym elementem swojego dnia, nie będziesz żałować!

Oto kilka ćwiczeń, które wykonuje z bliźniaczkami.

                    
Jeśli masz jakieś pytania – napisz, z chęcią Cię poinstruuje jak co robić 🙂

Już niebawem postaram się ułożyć dla Was plany i przekazać szczegółowe treningi z maluchami, a może nawet uda nam się nagrać krótki filmik.
Bądźcie z nami 🙌

 

Dzień dobry, jestem erytrytol, poznajmy się.

Nie będziemy się rozpisywać o tym, jak ważna jest właściwa dieta. Czemu? Bo lekarze, książki, gazety, Internet zasypują nas tymi informacjami. Chciałybyśmy po trosze pokazać Wam jak taka dieta wygląda u nas, na co stawiamy przygotowując nasze posiłki, czego nie brakuje nam na co dzień i co jest dla nas ważne. Dzisiaj „na tapetę” bierzemy cukier- tak zwykły biały cukier, o którym mówi się „biała śmierć”. Nie bez przyczyny medycyna podkreśla, że należy go ograniczyć do minimum, a najlepiej zniwelować do zera. Dlaczego? Otóż nadmiar sacharozy powoduje liczne problemy zdrowotne:  czujemy się bardziej senni, spowolniona jest praca mózgu, stopniowo tracimy zdolność zapamiętywania, zwiększa się masa naszego ciała. Przy prawidłowej diecie odpowiedniej ilości cukru dostarczą nam owoce i warzywa. A co ze słodką herbatką? Żaden problem- przerzucamy się na miodek 🙂 Zapytacie: a co z kawusią? Na to też mamy rozwiązanie- erytrytol. Produkt, który na dobre zagościł w naszych domach.

Co to takiego? To organiczny związek chemiczny z grupy alkoholi polihydroksylowych, spotykany również pod nazwą erytryt lub jako symbol E968. Naturalnie występuję w niewielkich ilościach w gruszkach, melonach czy winogronie, czerwonym winie, owocach morza. Na skalę światową otrzymywany jest w drodze fermentacji glukozy przez różne gatunki drożdży. Nie jest wchłaniany przez organizm człowieka, w niezmienionej formie zostaje wydalony z organizmu.

Jak wygląda? Jak zwykły biały cukier, tylko niezwykle drobny.

Jakie ma właściwości? Przede wszystkim bardzo niską kaloryczność, może być stosowany przez cukrzyków, nie powoduje wzdęć, biegunki czy próchnicy, nie podrażnia jelit.

Do czego używamy? Tak naprawdę do wszystkiego zamiast cukru- do kawy herbaty, wypieków.  Z białym cukrem pożegnałam się na dobre.

Czy smakuje jak cukier? Tak, z tym, że jest mniej słodki niż cukier. To idealny produkt dla osób, które chcą ograniczyć ilość białego cukru, ale „mózg” nie może zaakceptować faktu, że nie sypiemy łyżeczki białego kryształu do szklanki 🙂

Gdzie kupicie? Praktycznie w każdym markecie, a już na pewno w sklepach ze zdrową żywnością.

Ile kosztuje? No cóż, niestety jest droższy niż biały cukier. Cena za 500g to około 15 zł, jednakże na promocjach można go upolować za niecałe 10 zł.